Spójrz

Wielka księga, w której spisane są wszelkie historie tego świata...
Co mówią bajarze...?

Zapamiętaj



Dodaj do ulubionych

Spisano



Mapa




Celtic Woman
"Siuil a run"
By Inventive

Szablony i muzyka na bloga


Szablon stworzony przez mnie, wyłącznie na potrzeby bloga. Wszelkie prawa zastrzeżone.

...


Myślę, że mogę tu powrócić.
Zmieniło się wszystko i nic.
Przybyły nowe karty, nowe zwoje pergaminów snów, nowe feniksie pióra, porzucone samotnie.
komentarze [0]

ish.


O tak.
komentarze [0]

Prolog


Drzwi karczmy skrzypnęły głośno, tym samym obwieszczając nielicznie zebranym nadejście dwóch mężczyzn. Otwierający je człowiek, wysoki brodacz o długich, kasztanowych włosach niedbale związanych z tyłu głowy i odziany w wyświechtany strój podróżny, skrzywił się nieznacznie, jak gdyby wolał zawitać do zajazdu w nieco bardziej dyskretny i tajemniczy sposób.
Wkrótce jego śladem podążył pucułowaty młodzieniec, tocząc niepewnym wzrokiem po wnętrzu gospody i mimochodem zdejmując z głowy elegancką, szkarłatną czapkę kupca. Z lekkim zdenerwowaniem zaczął miąć i obracać ją w palcach, a na jego policzkach wystąpił blady rumieniec. Mimo, że był zziębnięty i głodny do granic możliwości, to "ciepły, przytulny zajazd", obiecany mu przez towarzysza niezbyt odpowiadał jego oczekiwaniom.
- Deorze, azaliż to tą zapuszczoną spelunę nazwałeś swym ulubionym zajazdem, sławnym na całą okolicę z renomy?- pretensjonalnym tonem spytał kompana, posyłając mu pełne urazy spojrzenie.
Brunet uśmiechnął się wymijająco, po czym ruszył ku ladzie beztroskim krokiem stałego bywalca. Skinieniem głowy powitał karczmarza (łysego gbura, który nawet nie zaszczycił go spojrzeniem) i zamówił coś do picia.
Po raz kolejny podczas wędrówki przeklinał swój brak rozwagi w kwestii doboru towarzysza. A zdawał się być tak idealny! Młodzieniec o arystokratycznym pochodzeniu, syn kupca, bogacz... Wkrótce jednak okazało się, że równocześnie jest to rozpieszczony bachor, w dodatku gburowaty i narzekający przy każdej nadarzającej się okazji.
Deor, łowca nagród, usilnie starał się sprawiać wrażenie niezwykłego wędrowca z misją wyznaczoną przez los, dbając o swoje zachowanie, pewność siebie i wizerunek Jednakże chłopak nie dostrzegał jego wysiłku, ba, ignorował wszelkie fantazyjne opowieści o przygodach podróżnika (które naturalnie były stekiem kłamstw), ostentacyjnie skarżąc się na tak przyziemne kwestie jak niewygody podróży, zimne jedzenie czy brzydka pogoda!
Jednakże było już za późno, aby cokolwiek zmienić. Mężczyzna, wpadłszy na trop niezwykłego, magicznego artefaktu, który dałby mu wymarzoną sławę, potęgę i bogactwo, niezwłocznie postanowił go zdobyć. Lecz jak wiadomo, życie wędrowca ma swoją cenę- tak więc Deor za swój cel uznał znalezienie majętnego kompana.
Dziwnym zbiegiem okoliczności, niedługo potem napotkał Ethlima. Po krótkiej konwersacji okazało się, że jest osieroconym synem kupca, inwestującym w handel przyprawami czy czymś podobnego- łowca nagród nie wdawał się w szczegóły- w dodatku nie posiadającym większych zobowiązań, przyjaciół i stałego miejsca zamieszkania.
Niestety, przekonanie go do swoich racji nie należało do najprostszych rzeczy. Mimo, że był dość łatwowierny, to kierował się wrodzoną chciwością i praktycznością w kwestiach materialnych. Gdy Deor wysunął mu swą propozycję, młodzian z wyszukaną uprzejmością odparł, iż woli nie ponosić ryzyka utraty swego majątku dla jakiejś (jak sam to określił) „zaczarowanej błyskotki, która zapewne i tak nie istnieje”.
Po długich namowach łowcy nagród w końcu udało się zobowiązać młodzika do towarzyszenia sobie w wędrówce oraz pokrywania wszelkich kosztów podróży, takich jak posiłki, wynajem koni, myto, czy też innych drobnych opłat, które wbrew pozorom składały się na całkiem pokaźną sumę pieniężną. Jednak Ethlim postawił jeden warunek: zanim "przygoda", o której z takim entuzjazmem prawił Deor na dobrze się rozpocznie, ten musi obiecać, że udowodni mu wiarygodność swych słów.
Nie mając innego wyjścia, łowca nagród przyprowadził kompana do karczmy "Pod Trupim Szalejem", będącej jedynym miejscem, w którym można było usłyszeć jeszcze historię powstania Amuletów i całego Lineatus Cathares.

W tym samym czasie gdy Deor kupował trunki, Ethlim zaczął rozglądać się dookoła w poszukiwaniu wolnego stolika, podejrzliwym wzrokiem lustrując całe pomieszczenie. Wnętrze gospody było mroczne i duszne, pełne najrozmaitszych postaci.
Z wysokiego sufitu, ginącego gdzieś w ciemnościach, zwisały perłowe kaskady pajęczyn, niczym niedokładnie wykonane pułapki na gości - zbyt krótkie, aby zahaczyć o głowy zebranych, a równocześnie zbyt długie, aby pozostać niezauważone. Blaty stołów i oparcia krzeseł nie grzeszyły czystością, podobnie jak wszystkie naczynia. Jedną ze ścian porastała dorodna, zielonkawa pleśń o nieprzyjemnym zapachu, a po podłodze walały się brudne kawałki obgryzionych kości. W dużym, prymitywnym kominku wesoło trzaskał ogień, sypiąc miniaturową fontanną migoczących iskier i napełniając karczmę istną orgią dziwacznych cieni, co nadawało jej jeszcze bardziej niezwykły, choć niekoniecznie przyjemny dla oka wygląd.
Nieopodal niewielkiego, brudnego do granic możliwości okna, które zapewne nawet w dzień nie przepuszczało promieni światła słonecznego, siedziała ponura elfka w kapturze, paląca fajkę. Nieopodal niej znajdowała się grupka rzezimieszków, dyskutująca o czymś urywanym szeptem, a w ciemnym rogu pomieszczenia skuliła się starsza kobieta, która łuskając groch do drewnianej misy, kątem oka obserwowała młodzieńca, sądząc, że ten jej nie dostrzega. Wszędzie unosiła się woń kadzideł pomieszana z zapachem jakiejś dziwnej, halucynogennej rośliny, której nazwy Ethlim nie potrafił sobie przypomnieć.

Jego nerwowe zamyślenie przerwał powrót Deora, niosącego w ręku dwa kufle piwa.
- Spróbuj, nie jest tak ohydne, jak może się wydawać- podał mu jeden z nich, sam zaś usiadł obok i zaczął powoli sączyć trunek. Nie zauważał, albo udawał, że nie widzi wielkiej plamy z zaschniętej krwi, w fantazyjny sposób zdobiącej blat stołu tuż przed jego nosem. Utrzymywał pozory spokoju i beztroski, ale w rzeczywistości cały czas uważnie obserwował kupca, który z zażenowaniem spuścił wzrok, co łowca nagród skwitował paskudnym uśmieszkiem.
Ethlim z pewnością nie był ideałem męskiej urody. Niski, korpulentny, o pucułowatej twarzy i małych, świńskich oczkach; przywodził na myśl przerośnięte dziecko. Bez przerwy bębnił krótkimi, grubymi palcami o oparcie krzesła i pociągał nosem, niechętnie rozglądając się na boki.
- Jesteś pewien, że to miejsce jest bezpieczne?- niespodziewanie odezwał się młodzieniec, przerywając kilkuminutowe milczenie. W jego głosie dźwięczała wyraźna nuta wątpliwości.
- Chodzi ci o tych jakże... - Deor odchrząknął- nieprzeciętnych typków dokoła? Nie przejmuj się- mężczyzna wzruszył ramionami- Są nieszkodliwi, choć dosyć dziwaczni. Poza tym nałożyłem na nas pewne zaklęcie uniemożliwiające podsłuch; treść tej rozmowy pozostanie tylko między nami.
Deor pozwolił sobie na uspokajający uśmiech. Oczywiście jego słowa były kłamstwem- podróżnik nie posiadał żadnych umiejętności magicznych, a o klątwach wiedział równie wiele, co o życiu smoków bagiennych. Mimo to Ethlim nieco się rozluźnił, najwyraźniej usatysfakcjonowany.
- Zacny pomysł- odetchnął lekko- Nie lubię takiej konspiracji. Ale przejdźmy do rzeczy. Co niby chciałeś pokazać mi w tym obskurnym miejscu? Jak wiesz, przywykłem do większych luksusów- młodzian z wyższością zmrużył powieki i odgarnął czarne, tłuste włosy opadające na czoło.
- Poczekaj, zaraz sam się przekonasz- twarz łowcy nagród wykrzywiła się w ironicznym grymasie. Mężczyzna mimochodem podkręcił wąsy i zwrócił wzrok na szczyt schodów, gdzie właśnie ktoś się pojawił.

Był to zgrzybiały, wiekowy starzec, zgarbiony pod ciężarem przeżytych lat. Jego twarz zdobiły liczne zmarszczki, jednak oczy pomimo wieku nadal pozostały bystre, chytre i chłodne. Miał na sobie mocno wybrudzone i zjedzone przez mole futro niedźwiedzie, a jego siwą głowę zdobiła komicznie przekrzywiona czapka, z końca której zwisały dziwaczne rzemyki, zakończone drewnianymi talizmanami. Długa, splątana, siwa broda człowieka, sięgająca prawie do kostek, miała lekko zgniłozieloną barwę, jak gdyby zalęgły się w niej jakieś grzyby; jej znaczną część obcy przewiesił sobie przez ramię, aby nie potknąć się i nie upaść.
W sali rozległy się szepty: "To Hephaestus!", "Wielki Mistrz!", "Nadchodzi syn Bajarza-zza-Morza". Ich brzmienie przepełnione było szyderstwem i złośliwością, a autorzy słów uśmiechali się paskudnie, obserwując nadchodzącego barda. Ten zaś nic nie robił sobie z ich kpin, cały czas dumnie unosząc głowę, i co chwilę skinając dłonią w pełnym wyższości geście powitania. Gdy starzec majestatycznie schodził z ostatniego stopnia, coś z jego nosa skapnęło na podłogę.
- Kim jest ten dziadyga?- zapytał Ethlim z wyraźną niecierpliwością w głosie.
- To Hephaestus, znany bard- odpowiedział Deor, a jego oczy zalśniły dziwnie- Syn legendarnego już, wędrownego bajarza Grendela, który wsławił się wielkim talentem i niezwykłymi opowieściami. Niestety, ten tutaj- skinął na staruszka, który właśnie usadawiał się w fotelu przy kominku, narzekając na zimno panujące w gospodzie, rzekomo szkodzące mu na zdrowie- nie posiada umiejętności ani czaru swojego ojca, pomimo to ma jedną szczególną umiejętność: jako ostatni z bardów zna i opowiada historię, która mówi o podwalinach naszego świata, jego odkryciu, zasiedleniu, oraz o skarbie, jakiego poszukujemy.
- Co masz na myśli?- młodzieniec uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony.
Jego towarzysz już miał udzielić odpowiedzi, lecz przerwało mu znaczące chrząknięcie. To Hephaestus, usadowiwszy się w wygodnie, z wielkim kuflem piwa korzennego w jednej ręce i fajką w drugiej, odwrócony twarzą do zgromadzonych, rozpoczął swą opowieść. Wszyscy goście w karczmie zamilkli, pomimo wcześniej manifestowanej pogardy kierując zaciekawione spojrzenia na barda. Bajarz lekko dudniącym, ochrypłym głosem zaintonował:


Dawniej, gdy świat był jeszcze młody,
Młody jak nieśmiertelne bóstwo
Bóstwo szlachetne i dobre
Dobrym był czas, który stworzył
Stworzył morza, lądy i niebo
Niebo kuszące błękitem
Błękitem tysiąca radości i łez
Łez szczęścia, wzruszenia i smutku
Smutku, gdyż nagle nadeszło nieszczęście
Dnia pewnego przyszło nieszczęście.



Starzec zamilkł na chwilę i natchnionym wzrokiem spojrzał gdzieś w sufit, wywołując u Ethlima napad niekontrolowanego chichotu. Gdy udało mu się opanować rozbawienie, szepnął do kompana:
- To właśnie z tego powodu zaciągnąłeś mnie aż tutaj? Aby posłuchać wycia jakiegoś starucha, który nie umie dobrze sklecić paru rymów? Doprawdy...
- Zamilcz i uważaj! To archaiczny, obecnie nie używany już styl bardowski. Powtarzanie w koło tego samego, aż do znudzenia... Ach, do kroćset! Nie będę ci tego tłumaczył, gdyż tu nie chodzi o brzmienie, ale o sens legendy- syknął Deor, obrzucając go lodowatym spojrzeniem.
Tymczasem bajarz wypił spory łyk trunku, z zamyśleniem podrapał błyszczący, pokryty kurzajkami nos i wrócił do opowiadania swej historii.


Chciwością zło prowadzone
Prowadzone marnymi żądzami
Żądzami zagarnięcia ziemi
Ziemi, którą w końcu napadli
Napadli, niszcząc wszystko na swej drodze
Drodze cierpienia sprowadzonej na kraj
Kraj walczący, lecz słaby
Słaby i szlachetny w swej ułomności
Ułomności wynikającej z dobrobytu
Zbyt nieostrożnego dobrobytu.

Rozpoczęła się walka
Walka na śmierć i życie
Życie w wolności i szczęściu
Szczęściu lub niewoli zła.
Zło triumfowało w swej nikczemności
Nikczemności prowadzącej nań zwycięstwo
Zwycięstwo ciemności sprytnych sił

Lecz sprytnym był kapłan
Kapłan Ctherion, dobry i wielki
Wielki w mądrości i sile ducha.

Uczony w starych księgach
Księgach spisanych przez przodków
Przodków znających życia bieg
Bieg historii i potęgę natury
Natury, której mocy chciał użyć
Użyć, by stworzyć niezwykły skarb.

Skarb, mający uchronić przed złem
Złem najeźdźców świata
Świata, co chciał zgładzić imperium.

Lecz wiedza, której było w bród
W bród dla każdego człeka rozumnego
Rozumnym nie wystarczyła do pracy
Pracy nad skarbem i jego ochronną mocą
Mocą, która była ogromna
Ogromna lecz niepojęta i inna
Inna i niedokładnie spisana
Spisana w pamiątkach naszego świata
W licznych pamiątkach przeszłości świata.

Zbyt wiele pragnęli osiągnąć
Osiągnąć i walczyć niesłusznie
Gdyż miast odpuścić wrogu pokonanemu
Pokonanego poczęli ścigać
Ścigać, choć nie im to było pisane
Pisana dla nich była potęga mniejsza
Mniejsza, którą wzgardzili
Wzgardą tracąc wszystko
Wszystkie skarby, gdyż nadeszła kara.


- Czy on sam to wymyślił?- spytał młodzian, odwracając się do Deora- Jak na takie beztalencie, ma całkiem zacne pomysły... choć rymów brak, a całość nie wpada w ucho.
Ethlim zawadiacko mrugnął do towarzysza i najwyraźniej chcąc popisać się szczodrością, rzucił srebrną monetę pod nogi barda, który nawet nie zwrócił na to uwagi. Mimo to niektórzy z gości po krótkim namyśle postąpili podobnie jak kupiec i chwilę później przy bajarzu utworzył się mały stosik pieniędzy. On jednak nadal opowiadał, najwyraźniej zbyt zaabsorbowany samym sobą, aby zauważyć co dzieje się dookoła.


To, co dobrym było w przeszłości
W przeszłości czczonym, podziwianym
Podziwianym być przestało, a wyszydzono je
Wyszydzono i uwięziono za swą odmienność
.
Odmienność została ukarana
Karano dobre, niewinne istoty
Istoty jak cni mędrcy
Mędrcy, którzy postanowili ratować świat
Postanowili ratować niezwykły świat.

Jeden z nich podczas wędrówki
Wędrówki na kraniec świata
Świata zdającego się nie mieć końca
Koniec jego widzialnych granic
Granicę materii odnalazł,
Odnalazł niezwykłą bramę,
Bramę innej krainy
Krainy dotąd nieznanej
Nieznanej dla tego świata.

Wtem wieść się rozeszła
Rozeszła wśród Wiedzących…


Ktoś załomotał w drzwi gospody, przerywając opowieść barda.
Karczmarz odłożył poplamioną ścierkę, którą właśnie polerował kufle i niespokojnie zamrugał powiekami. Hałas nasilił się.
- Otwierać! Tu kapitan straży królewskiej! Z rozkazu Jej Wysokości, Władczyni Tulendanadu, poszukujemy przestępcy i zbiegłego więźnia, rzekomo ukrywającego się w tym zajeździe...
Reszta słów mężczyzny utonęła w gwałtownym hałasie i rozgardiaszu, który zapanował w karczmie. Goście zaczęli w popłochu chować wszelkie przedmioty, jakie mogłyby uchodzić za nielegalne oraz tłumnie kryć się do (niekoniecznie wynajętych wcześniej) pokoi na piętrze. Niektórzy zuchwalcy podejmowali próby ucieczki przez okna, na nadmiar których pomieszczenie niestety nie mogło narzekać; w całym tym zamieszaniu nikt nie pofatygował się, aby otworzyć drzwi strażnikom lub odpowiedzieć na wezwanie.
Hephaestus przybierał czujną, pełną napięcia postawę zająca podczas polowania. Z niewiadomego powodu wpadł panikę i z zadziwiającą dla kogoś w swoim wieku energią zerwał się z fotela. Już miał odejść, gdy w ostatniej chwili dostrzegł stosik monet usypany na podłodze i zaczął chciwie zagarniać je do kieszeni.
Nagle rozległ się huk wyważanych drzwi i do pomieszczenia wbiegł tuzin żołnierzy, odzianych w fioletowo- srebrzyste barwy.
- Czas na nas- mruknął Deor, ciągnąc Ethlima za kołnierz. Młodzieniec nawet nie zdążył zapytać, co się dzieje- już po chwili znalazł się w piwnicy karczmy, prowadzony przez wyraźnie podenerwowanego łowcę nagród.
Ostatnią rzeczą, jaką ujrzał, zanim drewniana klapa w podłodze prowadząca do podziemi zamknęła się, był obraz rzucającego się i szarpiącego Hephaestusa, prowadzonego przez rycerzy. Bard wrzeszczał coś o godności osobistej i swej renomie, lecz nikt najwyraźniej nie chciał do słuchać.
- Zostajesz pojmany z woli królowej!- dało się słyszeć jeszcze donośny głos kapitana straży, jednak i on powoli zanikał…
Od teraz jedynym dźwiękiem w ciemnościach był przyspieszony oddech Deora oraz miarowy stukot ich kroków.
- D-dokąd zmierzamy?- wyjąkał kupiec, krztusząc się pod wpływem dużej ilości kurzu, znajdującej się w podziemnym tunelu.
- Na zewnątrz, byle jak najdalej stąd- odpowiedział towarzysz, najwyraźniej szukając jakiejś ścieżki. W końcu udało mu się i po kilkunastu minutach wędrowcy wydostali się na otwartą przestrzeń.
Pierwszą rzeczą, jaka uderzyła młodzieńca po wyjściu z wielkiej jamy ziemnej, było przenikliwe zimno.

Powoli świtało. Wszystko spowiła zasłona mgły, a źdźbła trawy uginały się od rosy.
- Deorze, do stu piorunów, o co w tym wszystkim chodzi? Co stało się w karczmie i dokąd teraz mamy się udać?- spytał poirytowany kupiec, dysząc ciężko. Wszystko stało się tak szybko! Zbyt szybko, jak dla niego.
Było mu niewygodnie, źle. Okropnie. Nie potrafił nawet określić swego niezadowolenia i frustracji.
Jak długo jeszcze będzie musiał znosić podobne niewygody? Zimno, głód i w dodatku ucieczki przed uczciwymi obywatelami. Przecież on tego nie przeżyje, zapewne skostnieje i umrze! Jego zwłoki rozszarpią dzikie wilki...
Ethlim mimowolnie wzdrygnął się na tą perspektywę. A takie miał plany, takie nadzieje! Chciał być sławny, bogaty. Zwiedzić świat, zrobić tyle różnych rzeczy...

Nagle jego monolog myślowy przerwał ostry głos kompana:
- Rusz się, nie będziemy tutaj stać cały dzień. Masz swój dowód. Jego wiarygodności dowiodę po drodze... przy okazji objaśniając ci resztę planu. No, kierunek drugiego brzasku! Deor zarzucił na plecy tobołek i ruszył leśną ścieżką, co i rusz ślizgając się na mokrej ziemi.
- Ale... mój drogi, nadal nie pojmuję... - płaczliwie jęknął młodziec
- No chodź!- warknął przez ramię łowca nagród.
- Zaczekaj na mnie, Deorze!- zawołał Ethlim zrezygnowany, dopiero teraz uświadamiając sobie, że zostawił w karczmie swoją elegancką czapkę. Niestety, było już za późno, aby zawrócić... Powoli, ociągając się, młodzieniec ruszył za towarzyszem.
Wkrótce oboje zagłębili się w mlecznej bieli mglistego, wiosennego poranka.


komentarze [6]